Republika w ogniu
Francuskie protesty licealistów to zwiastun kryzysu państw narodowych Korespondencja ze Strasburga Żeby dało się w pełni zrozumieć powagę sytuacji, w której znalazła się Francja, a przez to potencjalnie cała Europa, należy precyzyjnie zarysować skalę problemu. Wprawdzie wydarzenia ostatnich tygodni nad Sekwaną wciąż są opisywane jako „protesty licealistów i młodzieży”, ale chodzi o znacznie więcej niż uczniowskie postulaty. W rzeczywistości stawka tego społecznego zrywu jest olbrzymia, bo zahacza o kwestie egzystencjalne, na czele z przetrwaniem i sensem utrzymywania francuskiego państwa dobrobytu, symbolu politycznych i ekonomicznych sukcesów powojennej Europy. Finansowanie edukacji, zresztą we Francji niemałe, czy warunki w szkołach są oczywiście ważne, ale nawet zaradzenie owym bolączkom po myśli tych, którzy dzisiaj niszczą witryny sklepowe i podpalają przystanki, nie zatrzymałoby kroczącego kryzysu państwa. Mujtaba Rahman, szef londyńskiego biura firmy doradztwa politycznego Eurasia Group, opublikował w „New York Timesie” esej pod wiele mówiącym tytułem „Francja na krawędzi”. I wszystko wskazuje na to, że wcale nie przesadził. Szkolna zapaść Sytuacja w tamtejszych szkołach jest nie do pozazdroszczenia, a w zestawieniu z i tak przecież targaną problemami oświatą np. w Polsce – wręcz katastrofalna. Doskonale opisała to Angelique Chrisafis, paryska korespondentka brytyjskiego „Guardiana”. Przytaczając rozmowy z uczestnikami protestów, dziećmi i nastolatkami z paryskich przedmieść, przedstawiła warunki materialne nieprzystające do faktu, że Francja jest drugą największą gospodarką najbogatszego kontynentu w historii ludzkości. Przepełnione klasy i zajęcia miesiącami prowadzone bez nauczycieli albo z takimi, którzy nie mają kompetencji. Grzyb na ścianach, zardzewiałe umywalki, brak mydła czy papieru toaletowego i szczury w łazienkach. Do tego lekcje w gronie dochodzącym do 40 osób. Cytowany przez Chrisafis uczeń opowiadał, że w jego szkole w Seine-Saint-Denis na północy Paryża brakuje krzeseł i ławek, więc niektórzy uczestniczą w zajęciach na stojąco. Nie trzeba specjalnej wyobraźni, żeby zrozumieć, że w takich warunkach właściwa interakcja z nauczycielem jest niemożliwa. W innej szkole uczniowie przez pięć miesięcy mieli lekcje z literatury i języka francuskiego z przypadkowymi nauczycielami na zastępstwie. Nie byli więc w stanie rozwiązać ani jednego testu próbnego przed egzaminami na koniec liceum. Jeszcze inny chłopak z paryskiej barykady miał przedmiot docelowo prowadzony po angielsku z nauczycielem, który w ogóle nie mówił w tym języku. Przykłady można mnożyć, światowa prasa oraz platformy internetowe są ich pełne, podobnie jak zdjęć ilustrujących kryzys francuskiej oświaty. Przemoc i dewastacja mienia nie są sposobem na rozwiązanie tych problemów, ale trudno się dziwić francuskim uczniom. Jeśli bowiem wierzyć słowom niemieckiego filozofa Martina Heideggera, który twierdził, że człowiek jest istotą permanentnie wychyloną w przyszłość, to młodzież nad Sekwaną nie ma za bardzo gdzie się wychylać, bo nie widzi dla siebie przyszłości. Również ze statystycznego punktu widzenia sytuacja wygląda źle. Według badań OECD nierówności w dostępie do edukacji we Francji nakładają się na już duże nierówności materialne i bytowe, zwielokrotniając ich wpływ. Taka prawidłowość Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową. Post Republika w ogniu pojawił się poraz pierwszy w Przegląd.